poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Ku pamięci Mistrza w smutną śmierci rocznicę

Mamy 10 kwietnia, cóż to za rocznica? Większość, która kojarzy tę datę powie, że to rocznica katastrofy smoleńskiej. Zgadza się, ale nie o nią mi chodzi. Dość mam tego corocznego burdelu robionego z związku z tym, jakby nie było, tragicznym wydarzeniem. Było, minęło, to nie jedyna katastrofa lotnicza, w której ginie wiele osób. Dziś jest jednak inna rocznica, znacznie dla mnie ważniejsza, niestety jednak, prawie że zapomniana i przyćmiona przez rocznicę katastrofy. Trzynaście lat temu odszedł geniusz, którego wspominam każdego 10 kwietnia. I to jego pamięci poświęcam ten post. I tak, więcej łez mógłbym uronić za tego człowieka niż za prezydenta, który zginął w Smoleńsku.
Domyśleliście się już o kim pisze? Jeśli nie, to potrzymam was chwilę jeszcze chwilę w niewiedzy. Człowiek, którego wspominam był na wskroś ludzki, przepełniony wadami, ulegający nałogom i niedoskonały. Ale jednocześnie genialny, godny miana mistrza. Człowiekiem nie był najlepszym, ale za to poetą - wybitnym. Jak nikt inny ujmował rzeczywistość, wytykał Polakom ich wady i drwił z nich. Był indywidualistą, prawdziwym artystą, którego w pewnym momencie masy przestały rozumieć. I to go chyba bolało najbardziej.
To oczywiście krótka charakterystyka Jacka Marcina Kaczmarskiego, poety, którego na dobrą sprawę odkryłem może z dwa lata temu. Tak jak wspomniałem znałem jego twórczość wcześniej, ale ograniczało się to tylko do jednego aspektu, mianowicie, że była to po prostu przyjemna muzyka do słuchania, o interesującej mnie tematyce. Poznałem go nie z osławionych ,,Murów'' (o których swoją drogą naskrobałem parę słów swego czasu), a z płyty Sarmatia. W tym czasie byłem zafascynowany sarmacką Rzeczpospolitą, a utwory Kaczmarskiego z tej płyty, bardzo pasowały mi do klimatu i po prostu lubiłem ich słuchać. Jednak dopiero po latach odkryłem przesłanie i drugie dno tego albumu. Owe osiemnaście utworów to nic innego jak wielka opowieść o Polakach, której daleko od upiększania.
Po pewnym czasie przestałem się ograniczać do utworów historycznych, zacząłem słuchać bardzo różnych kompozycji i zacząłem po prostu coraz więcej odkrywać i rozumieć. Uwielbiłem go za zmyślne obserwowanie świata i jego ocenę. Pokochałem za indywidualizm i szczerość. Bo taki był Jacek, oceniał ze swojej perspektywy i krytykował. Drwił i ironizował, widział więcej niż inni.
Aż słów mi braknie w tym miejscu; o Kaczmarskim ciężko mówić, nie odwołując się do jego twórczości. A chociaż nie poznałem jej jeszcze całej, to jest tego tyle, że sam nie wiem co tu przywoływać. O Jacku można by napisać książkę... Zresztą książka już powstała, nosi tytuł ,,To moja droga'' i świetnie się ją czyta, polecam bardzo.
Pisałem już o ,,Murach'', tak i czuję, że jest jeszcze sporo utworów, o których napiszę oddzielne posty, żeby poświęcić im należytą uwagę. Teraz jednak wspomnę chyba tylko (jako, że to rocznica śmierci) poetycki testament Kaczmarskiego, noszący tytuł ,,Testament '95''. Kaczmarski wywróżył już na samym początku swoją przyszłość i mimo, że nie było to u kresu życia, to doskonale podsumował wszystko co spotkało go do tamtej pory, a sam testament zakończył niezwykle optymistyczną prognozą. ,,(...) póki słońce świeci/wciąż będą rodzić się poeci''.
Mówię, że optymistyczną, gdyż sam mam niestety znacznie bardziej pesymistyczne podejście co do przyszłości sztuki, mam jednak cichą nadzieję, że spełnią się te słowa Mistrza, a on sam nie będzie ostatnim wielkim poetą.
Te kilka słów, to mój hołd dla jednego z największych polskich artystów. Ja ciszę po nim przeganiam tym kawałkiem prozy, ale może lepiej oddać głos jemu samemu, bo jak to sam napisał w owym testamencie, tyle już wierszydeł spłodził, że jest czym okpić po nim ciszę.
https://www.youtube.com/watch?v=XL_26Xm7yV4

niedziela, 2 kwietnia 2017

Bardziej Rosji nienawidzicie niż Polskę kochacie

Dzisiaj będzie dość aktualny temat. To znaczy, temat ten jest aktualny cały, a i już od dawna chodził mi po głowie, ale w ostatnich dniach miało miejsce wydarzenie, które stało się bodźcem do poruszenia tego problemu akurat teraz. Jak się można domyślić z tytułu idzie o rusofobię. Oj, dzisiaj polecą emocje...
Zanim jednakże przejdę do meritum, to taka mała dygresja: słowa, których użyłem jako tytułu, wypowiedział czołowy polski nacjonalista... Wydawać by się mogło, że to paradoks, ale miał pan Dmowski rację, bo i ten problem dotyka polską politykę dzisiaj.
Polską politykę, a zwłaszcza partie głównego ścieku, łączy właśnie rusofobia. Zwróciliście może uwagę, że w większości innych spraw żrą się, kłócą i nawzajem zwalczają, w tej jednak są zgodni jak jeden mąż? Stopień rusofobii w naszym kraju po prostu mnie przeraża. Naprawdę nie rozumiem tej chorej wrogości wobec Rosji; nic chyba nie podnosi mi ciśnienia bardziej niż kolejne szczucie naszych ''elit'' na sąsiadów ze wschodu.
Zacznę może jednak od tego wydarzenia, które było bodźcem dla powstania tego posta. Ostatnio na Ukrainie, konkretnie w Łucku, ostrzelano polski konsulat z granatnika przeciwpancernego RPG-7. Nie zagłębiałem się od razu w temat, ale gdy tylko zobaczyłem nagłówek, było dla mnie jasne, kto za tym stoi i swojej tezy jestem pewien na 99,9%. Odpowiedź jest prosta: ukraińskie nacjonalistyczne bydło. Łuck jest na Wołyniu, zachodniej Ukrainie, gdzie dość silne są nastroje nacjonalistyczne (łagodnie powiedziane), nie mówiąc o tym, że na całej Ukrainie odradza się banderyzm, a kult bandytów i morderców staje się coraz popularniejszy. Ale o tym szerzej będzie kiedy indziej.
W każdym razie dla mnie odpowiedź była prosta; kto inny mógłby to zrobić na Wołyniu? Zwłaszcza, że ostatnio coraz bardziej nasilają się tam ekscesy, takie jak niszczenie polskich pomników na cmentarzach czy ataki na rosyjskie banki. A co ja słyszę w Faktach w TVN? (Wiadomości nie włączałem, ale tam byłoby pewnie to samo, rusofobię uprawiają obie te stacje.) Że sprawa jest jeszcze wyjaśniana, ale to prawdopodobnie rosyjska prowokacja.
Najpierw wybuchłem śmiechem, ale potem się wkurwiłem. Wkurwiłem się, bo to jest już naprawdę chore. Wszędzie trzeba widzieć winę Rosjan, wszystko jest rosyjską prowokacją, zewsząd otaczają nas rosyjscy szpiedzy i rosyjska V kolumna. A Ukraina jest kryształowo czysta i niewinna; jest ofiarą rosyjskiej agresji, i w ogóle Ukraina jest kochana, trzeba im dawać pieniądze, lizać dupę i stawać w pierwszym szeregu do szczekania na Rosję. Nie jest tak, że nie widzę wad Rosji, ale mam do tego kraju bardzo duży szacunek. Tak samo nie uważam za wroga Ukrainy, ale boję się co może zrobić bydło, podburzone tanimi hasełkami w stylu ''pamiętaj Lasze, że do Wisły to nasze''.
Jako Słowianin nie mogę zgodzić się na rusofobię. Rosjanie to dla nas bratni naród. Nie znam niestety żadnego Rosjanina, ale z tego co wiem, to w rzeczywistości nastawieni są raczej przyjaźnie do Polaków. Tak samo w stosunku do Ukraińców; nie jestem przeciwko jakiemukolwiek słowiańskiemu narodowi; jestem przeciwko szowinizmowi i chorej nienawiści.
Wracając do Rosjan; historia odcisnęła spore piętno na naszych stosunkach, nasza wspólna przeszłość była, mówiąc łagodnie, bardzo trudna. Ciągłe wojny, konflikty, nasza okupacja Moskwy, potem ich rozbiory, nasze powstania przeciwko nim, zesłania, represje, zamachy. Sporo się przelało bratniej krwi po obu stronach, ale nie zmienia to faktu, że i oni i my to bracia z jednej wielkiej rodziny. I chodzi właśnie o to, że jeśli chcemy budować lepszą Polskę, to musimy wyzbyć się rusofobii. Powinniśmy poprawić nasze relacje z Rosją, nie budować ich na tworzeniu napięcia, braniu udziału w nowej zimnej wojnie, a na wybaczeniu sobie krzywd i zacieśnianiu wspólnych więzi.
Jesteśmy tak bardzo do siebie podobni, chociażby lubimy (jak wszyscy Słowianie) sobie wypić. Założę się, że w poważnych rozmowach natury filozoficznej i metafizycznej, jakie zaczynają się po wypiciu dużych dawek alkoholu, Polak dogadałby się z Rosjaninem świetnie. Słowiańska dusza po prostu.
To co nas dzieli to politycy. O ile z rosyjskimi można by się dogadać (oprócz populistycznych głupców, jak Żyrinowski) tak nasi to porażka. Myślących i prezentujących zdrowe podejście jest bardzo niewielu. Nawet ci, którzy uważają się za neutralnych wobec Rosji (Janusz Korwin-Mikke) uważa się nawet za rosyjskich agentów w Polsce. Jest taka choroba, nazywa się mania prześladowcza i polski rząd chyba na nią cierpi. Żeby być dobrym politykiem u nas trzeba być wrogiem Rosji.
Do Rosji mam ogromny szacunek. Przede wszystkim za to, że w dzisiejszym świecie poprawności politycznej i szerokich wpływów mocarstwa zza oceanu, potrafią mieć stawiać na swoim i realizować swoje interesy. U siebie mają muzułmanów podatnych na radykalizację wystarczająco dużo, żeby prowadzić odpowiedzialną politykę wobec nich. Często można znaleźć informacje o Czeczeńcach z rosyjskim obywatelstwem, walczących w szeregach Państwa Islamskiego. W Rosji witani są procesem i tak średnio 10-15 latami w kolonii karnej. Ostatnio Czeczeńcy zaatakowali bazę rosyjskiej armii. Zginęło sześciu rosyjskich żołnierzy. Czy ktoś wygłaszał piękne, acz puste slogany o szacunku dla odmienności kulturowej? Czy ktoś rysował kredą po chodniku? Nie. Żołnierze odpowiedzieli ogniem i zabili wszystkich atakujących. A jeszcze parę miesięcy temu widziałem zdjęcia, na którym na linie ze śmigłowca zwisało kilka ciał martwych islamistów. I tak ten śmigłowiec latał nad wsiami w Czeczeni.
Może trochę za bardzo odszedłem od tematu, ale mam szacunek do Rosji właśnie za zdecydowaną politykę i to, że nie boją się grać na swoich zasadach. I wiecie co? Zamiast Unii Europejskiej o wiele chętniej widziałbym na mapie Europy Unię Słowiańską, może nawet połączoną w przyszłości w Kraj Słowiański. Taki mój neoslawizm, o którym innym razem.
Co tu więcej mówić? Rusofobia to choroba, którą bardzo ciężko jest wyleczyć, zwłaszcza, że objęła już bardzo wielu ludzi. Mieliśmy historię naznaczoną wojnami i wzajemnymi krzywdami, ale powinniśmy wrócić do korzeni. Słowianie są braćmi i nimi pozostaną. Tym bardziej jesteśmy w takim momencie dziejowym, że mamy ogromną szansę na przypomnienie sobie o tym braterstwie. To może być nasz czas, Słowian. Musimy jednak wybaczyć sobie nawzajem krzywdy i zamiast wiecznie rozpamiętywać dawne urazy, stanąć naprzeciw nowym czasom i pokazać, że jesteśmy ich godni. Trzeba budować zamiast płakać na ruinach!
Sława Polsce! Sława Rosji!

sobota, 25 marca 2017

Kapitalizm i socjalizm, czyli o wolności i złu rozprawa

Tymże postem kontynuuje tak trochę pośrednio temat poruszony w poprzednim. Można by spytać co wspólnego z systemami gospodarczymi ma post o rewolucjach i ich szkodliwości. Oba te tematy łączą się jednak ze sobą, gdyż rewolucjonistów wiodą często idee socjalistów. Nie słyszałem jeszcze o rewolucji prowadzonej przez kapitalistów; to zresztą rewolucjoniści nazywają kontrrewolucją.
Ludziom, którzy przystępują do rewolucji nie podoba się, że są ludzie bogatsi od nich, panują nierówności, a część żyje po prostu lepiej. W swojej naiwnej ideologii chcieliby zlikwidować bogaczy i porozdzielać ich majątki, żeby każdy miał po równo. No cel wzniosły, nie powiem, z pewnością wyeliminowałoby to niektóre problemy, które istnieją w kapitalizmie, jednakże stworzyłoby o wiele więcej nowych. Jeśli wszyscy mieliby być sobie równi to kto by zajmował się chociażby tym podziałem bogactwa? Równość wszystkich jest niemożliwa, zawsze musi być ktoś kto będzie nadzorował innych i kto będzie sprawował funkcję nadrzędne. Zamiast zdrowego systemu bogatszych i biedniejszych istniałby system równych i równiejszych. Pytam się, co jest bardziej sprawiedliwe? System pierwszy, w którym biedniejszy może się dorobić i dołączyć do grona tych bogatszych? Czy może system drugi, w którym równiejsi trzymają władzę między sobą i do swojego grona dopuszczają nielicznych spośród równych jednocześnie karmiąc ich propagandą i mówiąc, że robią wszystko dla ich dobra?
Moje myślenie jest proste, bo i sprawa nie jest skomplikowana. Lepszy i bardziej sprawiedliwy jest oczywiście pierwszy system. Kapitalizm to po prostu wolność, a socjalizm i różne jego odłamy to mniejsze lub większe jej ograniczenia - w konsekwencji zniewolenie. Nie uznaję w tej materii kompromisów i systemów pośrednich, tzw. trzeciej drogi. Po prostu wybiera się wolność, albo zło.
Ja wybieram wolność. To właśnie dzięki kapitalizmowi ludzie dokonali najlepszych wynalazków, świat rozwinął się dzięki kapitalistom i liberalnej gospodarce. Wielki kraj jakim są Stany Zjednoczone został założony przez ludzi, dla których liczyła się przede wszystkim wolność. Budując kraj na fundamencie wolności stworzyli państwo, które dziś jest jednym z najważniejszych na świecie supermocarstw. Rzecz jasna, gdyby w Stanach był kapitalizm przez cały czas jak istnieją, to nawet Chińczycy nie mieliby szans Stanów dogonić. Niestety tak od około stu lat ojczyzna wolności jest co jakiś czas zabijana przez mniejsze bądź większe dawki etatyzmu i socjalizmu. Na całe szczęście zapowiada się na ograniczenie tego jadu.
Innym przykładem państwa, w którym liberalna gospodarka dała świetne efekty jest Chile pod rządami generała Pinocheta, jednego z lepszych dyktatorów. Za jego rządów Chile dwa razy przeżyło cud gospodarczy, raz na początku po obaleniu socjalisty Alende, drugi raz, gdy trzeba było naprawiać gospodarkę po tym jak nie wyszedł bodajże jedyny etatystyczny pomysł jaki zastosowano w tym kraju - państwowa regulacja kursu waluty. Wiadomo, że błędy się zdarzają, dowodzi to przy okazji tego, że nawet jeden etatystyczny pomysł może być szkodliwy i wpędzić w kłopoty całą gospodarkę. Na szczęście jednak po uwolnieniu kursu waluty w parę lat Chile wróciło z powrotem na drogę rozwoju, na której utrzymało się do dziś.
Nie można być za wolnością nie będąc za kapitalizmem. Co by przyszło człowiekowi z życia w państwie, w którym ma nawet swobodę wypowiedzi, organizowania stowarzyszeń, protestów i innych i nie jest inwigilowany przez służby jeśli nie może w nim swobodnie działać (w sensie gospodarczym)? Takie państwo NIE jest państwem wolnym.
Wracając jeszcze do socjalizmu; jak to powiedział Stefan Kisielewski ,,socjalizm bohatersko pokonuje problemy nieznane w żadnym innym systemie''. Socjaliści muszą tworzyć ciągle problemy, które będą rozwiązywać tym samym pokazując ciągle społeczeństwu, że robią coś dla tego społeczeństwa; w kapitalizmie rząd po prostu nie wtrąca się do gospodarki i pozwala ludziom działać. I to jest najważniejsze.
Socjalistami kieruje utopijne założenie (zresztą cały socjalizm to nieosiągalna utopia) że ludzie pracując będą działać dla dobra wspólnego, wspólne będą środki produkcji i efekty pracy. Jeśli chce się, żeby ludzie byli równi to powinni dostawać też jednakową płacę za wykonanie pracy. No, ale wiadomo, że jedna praca jest bardziej wymagająca, a inna mniej, więc jaki ma sens dawanie takich samych wynagrodzeń za różną pracę? Nielogicznym jest, żeby robotnik, który nosi cegły na budowie dostawał tyle samo ile architekt, który zaprojektował ten budynek. Nierówności są więc naturalne. No i z jakiego powodu ktoś kto wykonuje ważniejszą pracę ma się starać pracując jeśli dostanie za to i tak tylko tyle ile prosty robotnik? Nie ma on żadnej motywacji (powiedzmy sobie szczerze, tylko niewielki odsetek ludzi da się skusić myśleniem o dobru całego społeczeństwa), a zatem nie będzie się starał. Po co też wynalazcy z fabryk państwowych mają wymyślać nowe rzeczy? Na wolnym rynku sama konkurencja wymusza innowacyjność i tworzenie nowych wynalazków.
Liberalizm i kapitalizm są skrajnie indywidualistyczne i w tym leży ich wielkość. Nie jest to utopia, a czysty realizm i operuje na człowieku takim jaki jest, ze świadomością o jego naturze. Człowiek to egoista, który dba przede wszystkim o siebie i swoich bliskich. Celem pracy jest maksymalizacja zysków i uzyskiwanie określonych korzyści. Każdy człowiek pracuje na swój rachunek, działa dla siebie; za pracę zdobywa pieniądze, potrzebne mu do realizacji innych celów. Praca nie jest więc celem, a środkiem do uzyskania konkretnych celów.
Społeczeństwo to ogół takich właśnie ludzi - egoistów i indywidualistów, których interesuje ich własny dobrobyt. Paradoksalnie to właśnie w takim świecie powstanie najwięcej wynalazków i nowych technologii, to tam ludzie będą żyli najlepiej. Jeśli konstruktor samochodów wymyśla nową lepszą wersję samochodu to robi to po to, żeby czerpać zyski ze sprzedaży. Skutkiem tego jest to, że ludzie będą jeździli lepszymi samochodami. Przykład prosty, ale dobitnie pokazuje to, że kapitalista działając dla siebie tworzy coś dla wszystkich. I to jest właśnie piękno tego systemu. Nie sztuką jest wymuszać myślenie społeczne i pracę na rzecz abstrakcyjnego ''dobra wspólnego''. Sztuką jest kapitalizm - wykorzystanie naturalnego ludzkiego egoizmu na rzecz tworzenia czegoś co daje korzyść innym ludziom. A najpiękniejsze jest to, że żeby to osiągnąć państwo nie musi regulować gospodarki, a tylko pozwolić ludziom działać. Resztę zrobi niewidzialna ręka wolnego rynku, wszystko się samo ureguluje; naturalnie.
Długi post, ale ja ten temat poruszyłem tylko odrobinę. Nie powiedziałem przecież jeszcze ani słowa o zasiłkach i polityce socjalnej. Dość tutaj rzec, że zasiłek psuje człowieka. Nie da się wyczerpać tematu, mądrzy ludzie piszą całe książki na ten temat. W związku z tym, że tak naprawdę dopiero zacząłem temat, pojawi się na pewno jeszcze kilka postów o podobnej tematyce.
No to moje drogie nieliczne czytelniki - co wybieracie? Wolność czy może zło i niewolę?

niedziela, 26 lutego 2017

A jak panów wyrżniemy, to (nie) powstanie lepszy świat...

Nie mogłem za cholerę znaleźć dobrego cytatu na tytuł, toteż sam odpowiedni tytuł wymyśliłem. Ciekawe, kto po samym tytule już się domyśla o czym będzie post. A będzie on o bardzo krwawych wydarzeniach, którym przyświeca bardzo szczytny cel. Już się domyśliliście? Chodzi rzecz jasna o rewolucje, Sam pomysł na naskrobanie paru słów na ten temat przyszedł mi po poznaniu ,,Nie-boskiej komedii'', która już wtedy w jasnych słowach dużo prawdy o rewolucji mówiła.
Kiedyś pałałem wręcz bezkrytycznym podejściem do ideałów rewolucyjnych i samych rewolucji, później jednak przejrzałem na oczy i zobaczyłem, co za każdą rewolucją stoi...
A z czego w ogóle wynikają rewolucje moi drodzy? Z niezadowolenia olbrzymich mas ludzkich, na ogół biednych i słabo zarabiających, którzy chcieliby równości, a przyczynę swoich problemów widzą w bogactwie innych, Fakt, wielu ludzi dorabiało się na wyzysku biednych, ale nie było to regułą, ani tym bardziej powodem, żeby mordować bogatych.
Rewolucje mają zazwyczaj szczytne założenia i piękne hasła. Bo któż by nie poszedł walczyć za ,,wolność, równość, braterstwo''? Któż by nie obalać starego ładu w imię wolności? Ta ''wolność'' ma jednak krew na rękach i bardzo szybko może stać się tyranią; często nawet gorszą od poprzedniej. Rewolucjoniści mają założenia, z większością, których się naprawdę zgadzam. Problem z nimi polega jednak na tym, że wierzą także w utopie. Pozostają w złudnym przekonaniu, że wystarczy obalić stary porządek, że wystarczy zniszczyć to co jest, a na pewno będzie lepiej. No dobra, można zniszczyć wszystko co jest. Ale co potem?
Na czym budować nowy świat? Cytując ,,Mury '87'' Kaczmarskiego: ,,Jakże gnijącym gruzem grzebać stary świat,/Kiedy nowego nie ma czym - i na czym - stawiać?'' To są najważniejsze pytania, jakie należy sobie zadać zanim rozpęta się burzę, której potem nie sposób cofnąć. Rewolucja w takim wymiarze jest tylko destruktywna, a w żaden sposób konstruktywna. Jeśli chce się coś zmieniać, to trzeba mieć na to jakiś plan, a nie tylko liczyć, że wszystko będzie dobrze, jeśli pozbędziemy się tego co jest.
Czym innym jest zamach stanu, który zazwyczaj jest działaniem całkowicie przemyślanym i stoją za nim ludzie z konkretnym planem, którzy wiedzą czego chcą, a zależy im na pozbyciu się tylko osób, których trzeba się pozbyć, a nie bezsensownej rzezi tzw. ''wrogów ludu''. Chociaż też i nie wszystkie zamachy stanu są dobre. Ale to już trochę inny temat, z pewnością jest to alternatywa lepsza niż rewolucja. Wróćmy jednak do rewolucji.
Czym kończą się rewolucje? Co się dzieje, gdy rewolucja obala system i powiedzmy wygrywa? Z początku jest oczywiście wszystko dobrze, wszyscy się cieszą, wierzą, że teraz już na pewno będzie lepiej. I wtedy właśnie zaczynają się krwawe igrzyska. Masowo giną, ścinani, rozstrzeliwani ''wrogowie rewolucji''. A czy po tym nastaje równość? Otóż nie, bo spośród tego chaosu i zamętu wyłania się nowa arystokracja, nowa elita, która jak tylko dorwie się do władzy, to już nie będzie chciała jej oddać, a wszystko co będą robić będą usprawiedliwiać ''dobrem rewolucji''. Naprawdę, już chyba większy mam szacunek do tyranów, którzy swej tyranii nie ukrywają niż takich, którzy mordują tysiące i usprawiedliwiają to walką o dobro innych.
Spójrzmy w historię. Z rewolucji francuskiej wyszli jakobini i Robespierre. Ich rządy całkowicie już sprzeniewierzyły rewolucyjne ideały, zmieniając się w jeden wielki rozlew krwi. Jeszcze sam doktor Guillotin, wynalazca ukochanej machiny rewolucjonistów, twierdził, że jego dzieło jest wyrazem postępu ludzkości, bo zabija ,,natychmiastowo, czysto i humanitarnie''. Na takiej gilotynie ścięto Robespierre'a, który sam wcześniej wysyłał na nią ludzi, w tym i Dantona, jednego z rewolucyjnych przywódców... Jak widać rewolucja - tak jak Saturn - własne dzieci pożera...
A rewolucja październikowa? Po nieidealnym caracie nastało kilkadziesiąt lat czerwonych rządów, które przyniosły ofiary liczone w dziesiątkach milionów...
Najlepszym dzieckiem rewolucji francuskiej okazał się Napoleon, który miał plan i w odpowiednim momencie obalił rewolucję i ustanowił Cesarstwo. Ten wielki człowiek, kreowany przez wrogów na tyrana, zrobił to co można było zrobić najlepszego. Nie przywrócił starego ładu, ale i obalił nowy, rewolucyjny, stworzył coś może nieidealnego, ale już z pewnością lepszego, wedle schematu Hegla;:teza-antyteza-synteza.
Wracając jeszcze do rewolucji ogólnie - rewolucja niesie ze sobą mnóstwo niebezpieczeństw. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem rewolucji; tłumaczy to dobitnie historia i ostrzega nas, abyśmy nie popełniali tych samych błędów. Świata na lepsze nigdy nie zmieni motłoch, który krzyczy o wolności mając krew na rękach...

niedziela, 19 lutego 2017

Moralności, dobra i zła krótka analiza

Ten post jest w dużej mierze kontynuacją pewnych problemów poruszonych w poprzednim poście. To w ogóle u mnie cud, że piszę kolejnego posta w tak krótkim odstępie czasu...
Ale nie o to chodzi. Chciałem trochę podywagować na temat moralności oraz kwestii pojmowania dobra i zła. Bo czy w naturalnym stanie człowieka istniało coś takiego jak moralność? Kiedy w ogóle człowiek wymyślił coś takiego jak moralność? I jeszcze ważniejsze pytanie, dlaczego to wymyślił?
Przecież moralność nie była mu potrzebna, najwyżej mogła ograniczać jego naturalne instynkty. Wiadomo, że gdy po ziemi chodził Homo Erectus, to istniały już u niego zaczątki życia społecznego, a więc i moralności. Czy moralność jest tym co czyni nas ludźmi i odróżnia od zwierząt?
Nie sądzę. Bo i można być człowiekiem nie mając moralności (a przynajmniej tego co większość ludzkości uznaje za moralność); jest się wtedy co prawda odrzuconym przez ludzi, ale człowiekiem jest się nadal.
Jednakże ja nie o tylko tym chciałem mówić. Każdy człowiek jakoś tam pojmuje dobro i zło, tak jest. Moje pytanie brzmi jednakże skąd się wzięło takie pojmowanie? Co zadecydowało o tym, że złe jest to, a dobre jest co inne? Bóg?
Ale który Bóg? Może Jahwe, jak powie każdy chrześcijanin (często wypierając się tego imienia) czy żyd? Ale Jahwe był bogiem tylko określonego ludu, wielbiony był tylko od pewnego czasu, nie jest on jedynym bogiem. Jest można powiedzieć tylko cząstką religii tego świata. I to niby ten ''wspaniały'' chrześcijański bóg dał ludziom dobro i zło?
Fakt, pojmowanie tych dwóch pojęć ma związek z religią, jednakże wywodzi się ono z religijnego podejścia, ale pochodzi tylko od człowieka. Jak to już zauważył mistrz Nietzsche: ,,Zaprawdę, ludzie sami nadali sobie wszelkie swe zło i dobro. Zaprawdę, nie przejęli go, ani go nie znaleźli, nie spadło im też ono jak głos z nieba''. Człowiek sam stworzył swoje dobro i zło. Pytanie, które już zadałem, ale zadam i kolejny raz:
Po co je stworzył?
Może człowiek tworząc to i nadając je sobie, chciał oszukać swoją naturę, oszukać samego siebie, że jest lepszym niż w rzeczywistości? Z ludzi zbyt często jednak wychodzi prawdziwa natura, żeby to oszustwo było udane. Tak więc może faktycznie człowiek całą tą swoją moralnością usiłuje nieudolnie oszukać własną naturę? Co to w takim razie mówi o nim samym?
I jak tu się dziwić mizantropom...
Człowiek chciałby wszystko mierzyć wedle schematu, który sam wymyślił, nie inaczej jest z dzieleniem rzeczy na dobre i złe. W genialnej powieści ,,Droga donikąd'', będącej zarazem prequelem jak i ostatnią częścią trylogii stalkerskiej Michała Gołkowskiego, jest to świetnie pokazane w refleksji Miszy na temat tego, gdzie się teraz znajduje i co robi. Moim zdaniem jest to jeden z najmocniejszych i najlepszych momentów w całej trylogii. Było tam nawiązanie właśnie do słów Zaratustry, za pomocą którego wielki Nietzsche przemawiał (a przynajmniej usiłował przemawiać) do ludzi. Chodziło w nich o to, że gdy przestanie się patrzeć na świat, dzieląc rzeczy na dobre i złe, to świat nagle staje się poukładany. Dziwne, co nie?
A może tak właśnie jest. Może trzeba odrzucić sztuczną moralność, może lepiej będzie wrócić do natury? Chyba, że powstrzymanie własnej natury gwarantuje postęp? Ale czy to postęp i zmiana jest najważniejsza? I tak panta rhei, na zmianę otoczenia nie mamy całkowitego wpływu. Pytanie teraz, czy to postęp powinien być priorytetem?
Pozostawię jednak tę kwestię, gdyż jak myślę nie jest ona póki co rozwiązywalna. W każdym razie, to co jest dobrem i złem jest czymś co człowiek sam sobie nadał. Odrzucając sztuczne bariery może ma szansę właśnie powrócić do natury? Bo skąd się wziął człowiek? Czy to faktycznie, błąd uczynił zwierzę człowiekiem jak mówił Nietzsche? Czy w takim razie, idąc za jego słowami, prawda miała tego człowieka uczynić z powrotem zwierzęciem? Kto wie, może jest nam pisane bycie zwierzętami, a teraz tylko oszukujemy swoją naturę, próbując się kreować na lepszych?
Jeśli tak, czy nie jest to żałosne? Postrzeganie wielu kwestii jest relatywne, tak i moralność ludzka jest różna. Kimże więc są ci, którzy sobie uzurpują prawo do głoszenia jedynie słusznej wersji moralności i etyki? Czy nie są to najgorsi, najbardziej niegodni zaufania, najwięksi oszuści? To o kogo konkretnie chodzi, pozostawiam już waszym myślom, ale ufam, że czytają to ludzie inteligentni.
Wracając jeszcze do ,,Drogi donikąd''; pewne rzeczy po prostu są i tyle i błędem jest szufladkowanie ich w kategoriach dobra i zła. Tak jak powiedziałem, jest to typowo ludzkie spojrzenie, a pewne rzeczy są naturalne. Były od początku, są i będą, tak jak naturalna była w ,,Drodze donikąd'' śmierć jednego ze stalkerów. Ona po prostu była.
W tym miejscu chyba skończę. Ku refleksji pozostawię wam to pytanie Nietzschego, które lubię zadawać sobie i innym do przemyślenia. Jedno z najlepszych chyba pytań jakie można sobie zadać.
,,Czy potrafisz sam dać sobie własne zło i własne dobro, i wolę swą zawiesić nad sobą jako prawo?''

niedziela, 12 lutego 2017

Tramwaj

Długo zbierałem się do napisania kolejnego posta, bo i ciężko szło mi pisanie o czymś tak, żeby to trafiło tutaj. W innej formie pisania nie próżnowałem, chociaż i tak sporo jeszcze przede mną do napisania.
Tytuł posta jest dość dziwny, ale i sam post będzie specyficzny. Pomysł na niego przyszedł mi do głowy dzisiaj, gdy słuchałem Rewizji, a konkretnie utworu ,,Tramwaj''. Żeby była jasność o czym będę pisał daję tutaj na początku linka do utworu: https://www.youtube.com/watch?v=0wLX4ePq28w
Ten utwór (jak i parę innych z tego krążka) zmusza do pewnych refleksji, do pewnego zastanowienia się nad samym sobą i nad tym jakim się jest. Zwłaszcza refren daje pewnego kopa mózgowi i porusza myślenie:
,,Czy zastanawiałeś się
Co byś zrobił, gdybyś mógł
Bezkarnie zabijać
Gdybyś był jak Bóg?''
No właśnie, co bym wtedy zrobił? Co Ty byś wtedy zrobił?
Wiecie co? Ja pewnie bym z tego skorzystał. Zwłaszcza, gdybym mógł robić to bezkarnie. Jeśli nie masz świadomości, że zostaniesz za dany czyn ukarany, jeżeli nie ma żadnych barier zewnętrznych to jakie wtedy pozostają ograniczenia? Jedynie moralność i sumienie - ograniczenia wewnętrzne, które są relatywne. A jeśli jesteś bezkarny, a w dodatku masz w tym czynie jakiś cel? To co stoi na przeszkodzie, żeby to zrobić?
Tak bym zapewne wtedy działał. Nie silę się, żeby kreować się na cudownego, wspaniałego człowieka. Jestem po prostu ludzkim człowiekiem - ale człowiekiem myślącym.
Możliwość bezkarnego zabijania to władza. O wiele prawdziwsza władza niż to co ma każdy teraz, czyli możliwość zabijania. Gdy jesteśmy bezkarni, gdy znikają bariery i ograniczenia, to wtedy dopiero zaczynamy widzieć naszą naturę i dostrzegamy to jacy jesteśmy.
Przypomina mi się książka ,,Moskal'' Michała Gołkowskiego oraz przytoczone w niej słowa Stalina o tym, że to nie władza psuje ludzi, ale to zepsuci ludzie ciągną do władzy. A może ci ludzie psują się w czasie tego? Albo może mając władzę ujawnia się u nich, prawdziwa natura parszywych istot jakimi są. A może lepiej powiedzieć, jakimi jesteśmy też my; bo należymy przecież do tego samego gatunku. Wychodziłoby z tego, że tak naprawdę to ludzie są zepsuci od samego swojego początku, z samej definicji.
To wszystko co ich teraz ogranicza, to moralność, sumienie, zasady, normy, prawo. Nazwijcie to jak chcecie, ale to wszystko jest wytworem samego człowieka, który po trochu usiłuje oszukać swoją naturę.
Wracając jeszcze do ,,Moskala''; nie dziwię się szanownemu autorowi, który powiedział, że nie zniósłby drugiej takiej książki i uświadomił sobie w pewnym momencie, że mógłby żyć jak Artur Wiktorowicz. Bezkarnie zabijać i mieć władzę.
Tak jak powiedziałem, myślę, że pewnie zachowałbym się podobnie, nie chcę oszukiwać samego siebie, ani kogokolwiek innego kto to czyta.
I tak, to wszystko wyszło ze słuchania jednego dobrego, punkowego kawałka. Tramwaj jest w nim tylko symbolem, czymś co poruszyło wyobraźnię i było motorem do pomyślenia nad sobą. Tak na marginesie, cenię sobie takie właśnie tramwaje, sytuacje, które sprawiają, że myślę o rzeczach, o których w innych przypadkach bym nie pomyślał. Bo ,,tak się właśnie zaskakuję i na nowo poznaję, gdy na chatę wracam nocnym tramwajem''.

wtorek, 3 stycznia 2017

Przyszłość? (Przeszłość)

Witam w nowym roku, po znowu długiej przerwie. Aż nie chcę obiecywać większej częstotliwości postów, bo nie wiem jak z tym będzie, a nie lubię rzucać pustych obietnic.
Piękny obrazek, nie sądzicie? No może parę rzeczy należałoby na nim poprawić, parę symboli przesunąć, coś jeszcze dodać, ale mniejsza z tym; to tu nie jest najważniejsze. Chodzi o przesłanie. A ono jest całkiem proste: Starzy Bogowie nie zostali zapomniani. Mimo tego, że nie widać tego jakoś szczególnie mocno, nie wychyla się to na pierwszy plan, ale to da się zauważyć i to ma miejsce. Ludy Europy pamiętają jeszcze swoich pierwotnych Bogów, tych, z którymi przybyli na swoje ziemie. W Reykjaviku budują świątynię Odyna, u nas są plany powstania dwóch kącin i prowadzone są zbiórki pieniędzy.
Nie jest nas jeszcze wiele, ale coraz więcej. I coś czuję, że będzie więcej. W Europie (zwłaszcza zachodniej) nastąpił ogólnie mówiąc kryzys wartości. Kryzys cywilizacji, a w zasadzie rozkład, o czym pisałem już dawno. Europejczycy szukając jakichś uniwersalnych haseł, żyjąc utopijnymi pomysłami, tworzonymi w głównej mierze przez lewicowców, gdzieś tam zaczęli powoli zatracać swoją tożsamość. Teraz w dobie napływu islamu do Europy i moralno-cywilizacyjnego rozkładu, niektórzy próbują usilnie odwoływać się do chrześcijańskiej tradycji i cywilizacji. Ale trochę na to za późno...
Ci którzy przybywają do Europy to ludzie z wiarą, którzy nie muszą szukać zatraconej tożsamości, bo oni (co by o nich złego nie mówić) bardzo mocno się jej trzymają. W Europie zachodniej kościoły pozmieniano miejscami w sklepy, bo nikt do nich nie przychodził. Ta religia, na której opiera się fundament współczesnej cywilizacji europejskiej, odchodzi w zapomnienie. I jak w takiej sytuacji nie ulec hordom ludzi silnie się trzymających swojej kultury i wiary?
Nie nawołuję tu jednak do powrotu do chrześcijaństwa, bo moim zdaniem ta religia nie ma wpisanej w siebie siły. Nadstawianie drugiego policzka to nie jest dobre zachowanie nigdy. Może to jest dobry moment, Europo, żeby spojrzeć wstecz? Tam bardziej wstecz za chrześcijaństwo, zaczerpnąć z dawnych religii. Z tych pradawnych i pierwotnych, moim zdaniem najlepszych i najprawdziwszych dla ludów Europy.
Chrześcijaństwo, przybyła z Bliskiego Wschodu, uniwersalistyczna religia, osłabiła potęgę Cesarstwa Rzymskiego i przyczyniła się do jego upadku. Osłabiła pogański duch Rzymian i faktycznie, Galilejczyk na pewien czas zwyciężył, parafrazując cesarza Juliana Apostatę. Ale w ludach, które potem przyjęły chrześcijaństwo, był jeszcze trochę pogański duch, im bardziej na północ i wschód, tym mocniejszy. Oczywiście, średniowiecze to czas bezsensownych wojen religijnych, często dyktowanych jeszcze politycznie, ale sporo było jeszcze miejsc, do których chrześcijaństwo dotarło bardzo tylko powierzchownie.
Ja w każdym razie nawołuję do tego, żeby spojrzeć naprawdę wstecz, cofnąć się do tych właśnie czasów silnej pogańskiej Europy. Oczywiście nie odrzucam tutaj spuścizny i zasług chrześcijaństwa na wielu polach, niemniej jednak nie mogę patrzeć na nie bezkrytycznie jak robi to wielu; a ja błędów, krzywd, wypaczeń i zła widzę wiele. Ale to jest osobny temat.
Dobrze byłoby wrócić do tego co dawało nam kiedyś siłę... Nasze religie niby się różnią, ale z drugiej strony, wszystkie wyrosły z jednego pnia i są sobie bliskie; na pewno są sobie wzajemnie bliższe niż chrześcijaństwu. Bo może to właśnie tam się kryje to co uratuje tożsamość Europejczyków w tych czasach? Ten prastary duch, pradawna siła, starzy Bogowie, którzy nie stronili od walki i nie nadstawiali drugiego policzka.
Wyjaśnia się też przy tym tytuł posta. To takie moje zwrócenie uwagi, że aby patrząc i idąc w przyszłość przypomnieć sobie o przeszłości, nawet tej zamierzchłej i może tam odnaleźć, coś co da dziś siłę, aby przetrwać. Bo wiadomo, Europa nie upadnie z dnia na dzień, ale ten proces się już zaczął. A to od nas, milionów Europejczyków zależy jak ta Europa będzie wyglądać.
Starzy Bogowie nie zostali zapomniani!

niedziela, 30 października 2016

Koniec odkrywania?

Bardzo długo nie było tu nic nowego, głównie przez to, że nie mogłem znaleźć dobrego tematu i natchnienia, żeby napisać tutaj coś nowego; pod względem moich wypowiedzi ask był tylko aktywny (i w zasadzie nadal jest, co mniejszy lub większy czas).
Dziś chciałem poruszyć jeden temat, który jakoś dzisiaj zrodził się w mojej głowie. Analizując minione epoki w literaturze, sztuce, generalnie w kulturze można dojść do wniosku, a raczej pytania, czy zostało coś jeszcze nowego do odkrycia, coś nowatorskiego do stworzenia; coś nowego, czego nie zrobił jeszcze nikt?
Oczywiście nie mówię tu o kwestiach naukowych, bo tam jest do odkrycia jeszcze sporo i to się akurat prężnie rozwija, ale o kwestiach takich bardziej humanistycznych.
Każda epoka wnosiła coś nowego do kultury, każda przynosiła nowy gatunek, nowy styl, nowy prąd artystyczny, nowy światopogląd, nową filozofię. A już w pewnym momencie wszystko to zaczęło się nie tyle powtarzać, co zataczać koło i powracać. W renesansie powracano do wzorców antycznych, nawet i barok miał sporo z tego, potem na nowo jeszcze raz w oświeceniu. A potem przyszedł historyzm i przywracanie każdej z epok. Gdy kończył się pozytywizm, przyszedł modernizm, jedna z najbardziej fascynujących epok. I modernizm nazywany już był neoromantyzmem. Był neo, ale był też bardzo nowatorski, chciałoby się powiedzieć po prostu dojrzalszy. Minął i modernizm, ale powrócił w postaci postmodernizmu i egzystencjalizmu.
A co wnoszą nasze czasy? Co wnosi współczesność? Jak badacze podzielą ten okres za kilkaset lat? Co będzie w tym wszystkim nowego od nas? Jakie prawdy o człowieku nie zostały jeszcze powiedziane? Kaczmarski śpiewał: ,,W trzydziestym ósmym roku życia/Pod koniec dwudziestego wieku/Co nic już chyba do odkrycia/Nie ma ni w sobie, ni w człowieku''. Czy rację miał wielki poeta? Można by powiedzieć przy okazji, jeden z ostatnich wielkich poetów. Nie widzę dzisiaj następców dla niego. On już wtedy, w 1995 roku, gdy pisał tamte słowa, miał odczucie, że chyba już wszystko zostało powiedziane. Tak jak w większości rzeczy, o których tu piszę, przedstawiam swoje stanowiska, tak tutaj sam nie wiem. Nie wiem co o tym myśleć, a hipoteza, że nie ma już nic do odkrycia jest równie przerażająca, co smutna. Żywię jednak nadzieję, że jest jeszcze coś do powiedzenia w tym wszystkim. Że da się odkryć jeszcze coś takiego, po czym będzie można być godnym miana artysty lub filozofa.
W tych omawianych sprawach, chyba najbardziej boję się tego, że to jest koniec i człowiek (a raczej garstka myślących i tworzących ludzi, bo nie cała ludzkość) doszedł już do stadium, w którym nie stworzy nic nowego i intelektualnie będzie upadał. Zresztą czy już dawno nie okazał jak upadłym jest gatunkiem? (to akurat zalążek tematu na innego posta i zarazem pomysł...)
Jeszcze w tym dwudziestym wieku żyła masa artystów, ludzi, którzy przekazywali tyle rzeczy, ludzi genialnych. Umarli jeszcze wtedy, albo na początku tego stulecia... Remarque, Bergman, Tarkowski, Kaczmarski, Beksiński. Może to były już jedne z ostatnich podrygów ludzkości do wydawania na świat prawdziwych sztukmistrzów?
I powracam do pytania: co nasze zdegenerowane i chore czasy są w stanie wnieść do kultury? Gdzie pójdziemy, co pozostanie? Czymże mają się zapisać w historii te czasy odwróconych wartości? Które miejsce zajmie nasza współczesność na sinusoidzie Krzyżanowskiego? Myślę, że raczej epoki ciała niż ducha.
Niby mówię cały czas o tym samym gatunku, który stworzył to wszystko wspaniałe, co już stworzył. Ale czy jest w stanie więcej?
Nie powiem, sam chętnie widziałbym się w roli wielkiego artysty/filozofa, którego można by zaliczyć do wielkich twórców, ale inna sprawa czy to osiągnę. Może jeszcze uda mi się wykuć mój własny pomnik twardszy niż ze spiżu?
P.S. Cieszy mnie, że mimo mojej małej aktywności, blog jest dość często odwiedzany, zastanawia mnie przez kogo. A i przy okazji: sam bym się cieszył i może się to uda, że zwiększy się liczba postów...

piątek, 1 lipca 2016

Mury

Dawno mnie tu już nie było, bo i trochę nie miałem czasu zająć się blogiem; głównie to przez szkołę i związany z końcem roku zapierdol. Teraz znalazłem chwilę czasu, chociaż jutro i tak wyjeżdżam, w związku z czym podejrzewam, że postów nie będzie przez co najmniej 1,5 tygodnia. No niestety, tak słabo wychodzi, a chciałoby to się bardziej rozkręcić.
W każdym razie przejdźmy do tematu; chciałbym pogadać trochę o jednym z moich ulubionych utworów. Chodzi mi o ,,Mury'' Mistrza Kaczmarskiego, jego najpopularniejszy, a jednocześnie najbardziej wypaczony w interpretacji utwór. O czym tak naprawdę są Mury? Większość zapytanych o to osób, które choć trochę orientują się w najnowszej historii Polski i tamtych czasach powie, że to ,,hymn Solidarności'' i antykomunistyczna pieśń, która nawołuje do obalenia rządu. Gówno prawda. Bo większość ludzi słyszy tam tylko ,,Wyrwij murom zęby krat (...) a mury runą, runą, runą''. Ale sedno tej piosenki nie jest w chwytliwym, powszechnie znanym refrenie. Jej sedno jest w ostatniej zwrotce, która przez wielu ludzi została zapomniana, bo nie pasowała do interpretacji szerokich mas. W trzeciej zwrotce rozjuszony tłum wychodzi na ulice, by dokonać rewolucji - obala pomniki, rwie bruk. Tłum szuka wrogów, a za największego uznaje tego, który nie jest z nikim, tego, który jest sam. A ten śpiewak, którego pieśń śpiewają także jest sam. On jest poza nimi, on nigdy z nimi nie był. To oni ukradli jego pieśń. To samo ludzie zrobili z pieśnią Kaczmarskiego. Cóż za ironia... Bo i Kaczmarski był sam, napisał Mury w 1978, gdy jeszcze nie miał żadnych związków z polityką. A ludzie odebrali mu tę pieśń i zhańbili ją. Ludzie zniszczyli tę pieśń, nie ma na to innych słów.
Gdy słucham Murów największe napięcie odczuwam właśnie pomiędzy frazą ,,Kto sam ten nasz najgorszy wróg'' a ,,A śpiewak także był sam''. Kaczmarski ścisza wtedy głos, na chwilę przestaje też grać. I ta ostatnia zapomniana zwrotka, która następuje po tym. ,,Patrzył na równy tłumów marsz/Milczał wsłuchany w kroków huk/A mury rosły, rosły, rosły.../Łańcuch kołysał się u nóg''. Czy tu trzeba komentarza? Wydaje mi się, że nie. A jednak tylu ludzi ją pominęło. Bo mury rosną, nawet jak jedne runą, to kolejne dalej będą rosnąć.
Kimże jest ten śpiewak? Chociaż zawsze odrobinę utożsamiałem go z Kaczmarskim, to nie jest to tak do końca jego porte-parole. W zasadzie to Kaczmarski stał się jak ten śpiewak... Śpiewak to nie konkretna postać, śpiewak to po prostu indywidualista. Taki jak Kaczmarski, taki jak też ja.
Ale to nie koniec tych rozważań. Dziewięć lat później powstają Mury 87', genialna kontynuacja. Kaczmarski pyta już na samym początku: ,,Jak tu wyrywać murom zęby krat/Gdy rdzą zacieka cegła i zaprawa?/Jakże gnijącym gruzem grzebać stary świat/Kiedy nowego nie ma czym i na czym stawiać''. I już to pytanie daje bardzo dużo do myślenia...
Mury 87' stają się idealnym dopełnieniem Murów. A dzisiaj KOD śpiewa Mury na antypisowskich manifestacjach i po raz kolejny niszczy i wypacza tę pieśń. Mistrz się w grobie przewraca. Albo i pogodziwszy się po trochu z losem Murów, ironicznie się śmieje. Bo zna swój geniusz i widzi głupotę ludzi. I sam o tym śpiewał prawie dwadzieścia lat temu. W utworze Testament 95' śpiewa: ,,Zostały jeszcze pieśni/One już chcę, czy nie, nie są moje/Niech cierpią los swój - raz stworzone/Na beznadziejny bój z ustrojem/Szczezł ustrój, a słowami pieśni/Wciąż okładają się współcześni''. I to będzie chyba idealna puenta na koniec mojego wywodu. Wszystkim myślącym osobom szczerze polecam Mury, ale tylko całe, bez ograniczenia się do refrenu i opuszczenia ostatniej zwrotki.
Bo tak naprawdę to mury rosną.

poniedziałek, 9 maja 2016

Dzień Zwycięstwa

Oto dziś mamy 9 maja - licząc naszym czasem wczoraj minęło 71 lat od podpisaniu przez dowódców Wehrmachtu; w tym marszałka polnego Wilhelma Keitla aktu bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy w wojnie światowej. Ze względu na zmianę czasu, Rosjanie i parę innych nacji świętują ten dzień dzisiaj. Gdy mija ponad siedem dekad od wydarzeń, które miały wpływ na to, że nasz świat wygląda dzisiaj tak, a nie inaczej, warto zastanowić się co to wszystko oznaczało i czy to z polskiej perspektywy data ważna?
Teoretycznie tego dnia skończyły się walki w Europie, w praktyce ostatnie oddziały niemieckie walczyły jeszcze kilka dni, a na polskich ,,ziemiach odzyskanych'' zaczął działać Werwolf - niemiecka partyzantka, więc to nie było takie całkowite zakończenie działań wojennych. Ciekawe co by było, gdyby Niemcy nie zdecydowali się na kapitulację, tylko walczyli do samego końca? Podejrzewam, że spadło by jeszcze więcej bomb na niemieckie miasta, zginęłoby jeszcze więcej niemieckich cywili i jeszcze więcej niemieckich żołnierzy. To tylko kilkaset tysięcy ludzi więcej, w konflikcie, w którym zginęło ponad 50 milionów. Przy takich liczbach, śmierć staje się już tylko statystyką, jak to powiedział największy zwycięzca tej wojny.
A to i tak nie był koniec tej wojny, bo działania trwały jeszcze na Dalekim Wschodzie - i to bardzo zażarte i brutalne. Ale niewątpliwie to był jeden z wielkich kroków do zakończenia wojny.
Dla Polski to oczywiście powód do świętowania. Rocznica pokonania wielkiego wroga pałającego nienawiścią do Polaków i Słowian w ogóle, zemsta za prawie sześć lat okupacji i eksterminacji. Ale też zwycięstwo najgorszego z ustrojów, który w tym czasie od prawie roku wprowadzany był w Polsce. To odebranie suwerenności na kilkadziesiąt lat i uzależnienie od Wielkiego Brata ze wschodu. Czyli takie zwycięstwo, które do końca zwycięstwem nie jest.
Ja jak najbardziej rozumiem Rosjan, dla których jest to święto narodowe, mimo tego, że Rosja była pod komunistycznymi rządami to jest to wielkie zwycięstwo, okupione krwią milionów Rosjan i ważne dla tego narodu. Ja ich rozumiem i nie patrzę na to od strony ideologii politycznej. Każdy naród chce czuć się dumny i wielki ze swoich zwycięstw i to jest taki właśnie dzień dla Rosjan. Irytuje mnie, gdy widzę w telewizji czy internecie teksty na temat dzisiejszej parady wojskowej w Moskwie ,,demonstracja siły'' ,,Rosja pręży muskuły'', słowa takie są często podsycone nutą ironii i sarkazmu. Zejdźmy z dyktowanej przez rządzącą partię rusofobii. Ja sam szukałem już dzisiaj na youtubie nagrań z tegorocznej defilady. Póki co ich nie ma, ale będą pewnie za kilka dni i wtedy z chęcią sobie obejrzę.
Czyli jak powinniśmy ten dzień obchodzić? Jako zwycięstwo czy porażkę? Porażka wolnej Polski, chociaż i tak instalowanie komunizmu zaczęło się tu już wcześniej, a niewątpliwie pokonany został jeden wróg. Myślę, że powinno to być dla nas świętowanie wielkiego zwycięstwa nad narodowym socjalizmem i niemieckim szowinizmem, ale niepozbawione refleksji na temat tego, kto rzeczywiście zwyciężył w tej wojnie i po której stronie znaleźli się Polacy?
I taka jeszcze jedna moja myśl odnośnie zwycięstwa komunizmu w Europie Środkowo-Wschodniej. A co by było, gdyby Winston Churchill kazał jednak wykonać plan operacji ,,Unthinkable''? Rzecz niby jak nazwa planu, nie do pomyślenia, ale może należałoby to zrobić? Zastanawia mnie czy Churchill przekonałby do niego Trumana, czyli człowieka o wiele mniej przychylnego Stalinowi niż Roosvelt... Mogłoby być ciekawie. Dalsza część II wojny światowej czy trzecia na gruzach drugiej? Wielki front antykomunistyczny; armia brytyjska wraz z koloniami, armia francuska, armia zapewne też włoska, pozostałości Wehrmachtu i Waffen-SS, armie niemieckich sojuszników, Węgier, Bułgarii, Rumunii, Finlandii, może i Hiszpania generała Franco też by się włączyła? Oczywiście też Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie i wojska z kraju, oddziały poakowskie i NSZ oraz wielka armia amerykańska. To wszystko naprzeciw wielkiej Armii Czerwonej i zapewne również Jugosławii i armii nowych państw satelickich ZSRR - może i by Polacy do Polaków strzelali? Ciekawa i fascynująca teoria... plan, który rzeczywiście istniał. Tylko kto by zwyciężył i jakie byłyby wtedy losy Europy? Tego się już nie dowiemy - pozostaje gdybanie i refleksja po tym co stało się w rzeczywistości.